Diabelska Matka Boska? Czy wszystkie objawienia są prawdziwe, czy są fanaberią ludzkiego umysłu?
Objawienia
27 sie
Objawienia od wieków fascynują ludzi. Ktoś widzi świetlistą postać, ktoś inny słyszy głos, jeszcze inny czuje zapach kwiatów, doświadcza niezwykłej obecności albo otrzymuje przesłanie, które później uznaje za proroctwo. W chrześcijaństwie szczególne miejsce zajmują oczywiście objawienia maryjne. Lourdes, Fatima, La Salette czy Medjugorie stały się czymś znacznie większym niż osobiste doświadczenia pojedynczych ludzi. Powstały wokół nich sanktuaria, pielgrzymki, modlitwy i całe tradycje duchowe.
Jest jednak pytanie, które zawsze pojawia się w mojej głowie, kiedy słyszę słowa: „objawiła się Matka Boska”.
Skąd właściwie wiadomo, że to była ona?
Nie zamierzam tutaj udowadniać, że Maryja się nie objawia. Nie zamierzam również stawiać odwrotnej tezy i przekonywać, że wszystkie historie o objawieniach są prawdziwe. Interesuje mnie coś zupełnie innego: granica pomiędzy tym, czego człowiek rzeczywiście doświadczył, a tym, jak później swoje doświadczenie nazwał.
I jest to różnica ogromna.
Widziałem kobietę. Czy zatem widziałem Maryję?
Wyobraźmy sobie człowieka, który widzi przed sobą kobietę otoczoną światłem. Postać przemawia do niego, wywołuje ogromne emocje i pozostawia po sobie doświadczenie, którego ten człowiek nigdy nie zapomni. Może on powiedzieć: „widziałem kobietę”, „słyszałem jej głos”, „widziałem światło”. Są to opisy jego doświadczenia. Kiedy jednak mówi: „objawiła mi się Matka Boska”, robi coś więcej — nadaje doświadczeniu konkretną tożsamość.
Tylko na jakiej podstawie?
Człowiek wychowany w kulturze katolickiej doskonale zna ikonografię Maryi. Zna jasne szaty, płaszcz, aureolę, światło, złożone dłonie i wszystkie pozostałe elementy obrazu powtarzanego przez stulecia. Nasza psychika nie funkcjonuje przecież w próżni. Posługujemy się symbolami, które poznaliśmy wcześniej. To samo niezwykłe doświadczenie człowiek wychowany w zupełnie innej tradycji religijnej mógłby nazwać spotkaniem z boginią, duchem, przodkiem albo inną istotą należącą do jego własnego świata duchowego.
Nie oznacza to automatycznie, że wszystkie wizje są halucynacjami. Równie dużym uproszczeniem byłoby przecież powiedzenie, że skoro mózg potrafi stworzyć wizję, to każda wizja musi pochodzić wyłącznie z mózgu. Problem polega na czymś innym: samo doświadczenie nie mówi nam jeszcze, jaka jest jego natura.
Psychologia może mówić o projekcji, autosugestii, archetypach czy zmienionych stanach świadomości. Neurologia może poszukiwać mechanizmów odpowiedzialnych za niezwykłe doświadczenia percepcyjne. Religia może mówić o objawieniu, natomiast okultyzm dopuści możliwość kontaktu z autonomiczną inteligencją duchową. Każdy z tych modeli próbuje wyjaśnić doświadczenie, ale żaden nie powinien być przyjmowany wyłącznie dlatego, że najbardziej odpowiada temu, w co już wcześniej wierzyliśmy.
A jeśli coś tylko wygląda jak święte?
Tutaj pojawia się tytułowa „Diabelska Matka Boska”.
Nie twierdzę oczywiście, że Maryja jest diabelska. Nie twierdzę również, że objawienia maryjne są objawieniami demonów. Chodzi mi o znacznie bardziej niewygodny eksperyment myślowy.
Chrześcijaństwo samo dopuszcza przecież istnienie istot duchowych zdolnych do zwodzenia człowieka. Istnieje pojęcie rozeznawania duchów. Jeżeli zatem przyjmiemy chrześcijańską wizję świata, w której istnieją zarówno dobre, jak i zwodnicze inteligencje duchowe, powinniśmy zadać bardzo proste pytanie: dlaczego istota duchowa miałaby zawsze przedstawiać się człowiekowi zgodnie ze swoją prawdziwą naturą?
Gdyby coś chciało przekonać katolika, że przemawia do niego istota święta, czy ukazałoby mu się jako potwór? Czy może raczej przyjęłoby postać, której ten człowiek ufa?
Światło nie jest dowodem. Piękna twarz nie jest dowodem. Poczucie miłości również nie jest dowodem tożsamości. Nawet słowa „jestem Maryją” niczego jeszcze nie rozstrzygają.
I dlatego warto zadać prowokacyjne pytanie: gdyby diabeł objawił się człowiekowi jako Matka Boska, po czym człowiek miałby rozpoznać różnicę?
Nie jest to nawet pytanie sprzeczne z chrześcijaństwem. Przeciwnie — skoro tradycja chrześcijańska sama nakazuje rozeznawać duchy, automatyczne uznawanie każdej świetlistej postaci za istotę świętą byłoby zaprzeczeniem tej ostrożności.
Co więcej, sam Kościół katolicki nie uznaje automatycznie każdego zgłaszanego objawienia. Wprowadzone przez Watykan w 2024 roku normy dotyczące domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych wyraźnie rozdzielają możliwość dostrzeżenia pozytywnych owoców duchowych od stwierdzenia, że konkretne wydarzenie rzeczywiście ma boskie pochodzenie. Nawet nihil obstat nie jest po prostu kościelnym certyfikatem stwierdzającym: „tak, tutaj naprawdę objawiła się Maryja”.
Sam również czegoś doświadczyłem
Mógłbym w tym miejscu dalej analizować doświadczenia innych ludzi, ale byłoby to trochę nieuczciwe, ponieważ sam mam za sobą doświadczenie, które przy odpowiedniej interpretacji bardzo łatwo można byłoby nazwać objawieniem.
Nie zapisałem go wtedy, dlatego pozostała mi przede wszystkim pamięć tego, co wydarzyło się tamtej nocy.
Którejś nocy obudził mnie kobiecy głos. Czy była to Matka Boska? Absolutnie nie mogę tego powiedzieć. Wiem, że widziałem kobietę. Nie wyglądała jednak jak typowa postać ze znanych mi europejskich wizerunków maryjnych. Ubrana była w purpurę. Na głowie miała purpurowy welon, natomiast wewnętrzna część jej płaszcza miała kolor indygo. Miała brązowe oczy, czarne włosy i ciemniejszą, śniadą cerę, która przywodziła mi na myśl kobietę romską. Jedno pamiętam bardzo wyraźnie — nie odbierałem jej jako istoty złej.
Obudziła mnie i powiedziała:
„Jeszcze będzie dzień, w którym zrozumiesz prawa świata, przekażesz je, a wielu i tak nie zrozumie. Czyń swoją służbę ludziom, lecz nie za darmo. Wielu znajdzie się, którzy będą chcieli wziąć, nic nie dając”.
Z jej dłoni wypłynął blask, a wraz z nim pojawił się piękny zapach róży, który w mojej pamięci przypomina różę damasceńską. Następnie usłyszałem rytmicznie grające bębny. Pojawił się mężczyzna, który podszedł do mnie i powiedział:
„Zostałeś namaszczony według Starszych. Czyń to, a czyniąc, przekazując wiedzę i dbając o nią, nie tylko siebie oświecisz, ale także tych, którzy pójdą za tobą. Przed tobą wielkie dzieła”.
I właściwie mamy tutaj wszystko, czego potrzeba do stworzenia opowieści o proroczym objawieniu. Jest niezwykła kobieta. Jest światło. Jest zapach róży. Są bębny. Jest druga postać. Jest namaszczenie. Jest przekazana wiedza, służba ludziom, przyszłe zadanie i zapowiedź tego, co ma dopiero nadejść.
Mógłbym więc powiedzieć, że objawiła mi się konkretna istota i wyznaczyła mi misję.
Tylko że tego nie powiem.
Bo nie wiem, kim była.
I właśnie tutaj zaczyna się problem z objawieniami
Mógłbym dzisiaj zacząć szukać odpowiedzi. Przeglądać wizerunki świętych, bogiń, duchów i innych postaci, aż znalazłbym kobietę w purpurze o wystarczająco podobnym wyglądzie. Następnie mógłbym stwierdzić: „to była ona”. Później znalazłbym kolejne podobieństwo, następne i jeszcze jedno. Po pewnym czasie posiadałbym całą teorię dotyczącą własnego objawienia.
Tylko czy odkrywałbym wtedy prawdę?
Czy może dopisywałbym prawdę do doświadczenia, które samo nigdy mi jej nie podało?
To właśnie własne doświadczenie sprawia, że podchodzę do cudzych objawień z dużą ostrożnością. Nie dlatego, że chcę je wyśmiać. Wręcz przeciwnie. Wiem, że człowiek może przeżyć coś niezwykle intensywnego i zachować to w pamięci przez lata. Nie potrzebuję mówić, że moje doświadczenie było zwykłym snem, tak samo jak nie potrzebuję twierdzić, że odwiedziła mnie obiektywnie istniejąca istota nadprzyrodzona.
Pozostawiam możliwość, że nie wiem.
A przecież mógłbym zachować się inaczej. Mógłbym ogłosić, że zostałem namaszczony, że otrzymałem zadanie i że od tej chwili przemawiam w imieniu siły, która mnie wybrała. Tylko właśnie tutaj doświadczenie duchowe może bardzo łatwo zamienić się w budowanie własnego mitu.
Z perspektywy czasu niektóre wypowiedziane wtedy słowa nabrały dla mnie znaczenia. Widzę pewne rzeczy inaczej niż kiedyś. Mogę odnaleźć w tym doświadczeniu symbolikę własnej drogi, pracy z ludźmi, przekazywania wiedzy czy konieczności chronienia tego, co sam wypracowałem. Znaczenie doświadczenia nie jest jednak tym samym co dowód jego nadprzyrodzonego pochodzenia.
I dokładnie tak samo powinniśmy, moim zdaniem, podchodzić do wielkich objawień religijnych.
Wiara czy potrzeba uwierzenia?
Nie każde fałszywie zinterpretowane objawienie musi oznaczać oszustwo. To bardzo ważne. Wizjoner może mówić absolutnie szczerze. Może naprawdę coś widzieć, naprawdę coś słyszeć i naprawdę wierzyć, że spotkał Maryję. Problem polega na tym, że szczerość człowieka dowodzi jego przekonania, a nie tożsamości istoty, którą zobaczył.
Pozostaje również pytanie o nasze potrzeby. Człowiek chce wiedzieć, że jego życie posiada sens. Chce czuć, że ktoś nad nim czuwa, że jego cierpienie nie jest przypadkowe i że istnieje rzeczywistość większa od codzienności. Maryja jako Matka, opiekunka i pośredniczka doskonale odpowiada na bardzo głęboką potrzebę bezpieczeństwa i opieki.
Nie oznacza to, że Maryja nie istnieje ani że doświadczenie religijne jest fałszywe. Oznacza jedynie, że im bardziej pragniemy, aby coś było prawdziwe, tym ostrożniej powinniśmy badać własną interpretację.
Psycholog zapyta o psychikę. Neurolog o mózg. Religioznawca o kulturę i symbole. Teolog będzie rozeznawał objawienie według własnej tradycji. Okultysta powinien natomiast zadać pytanie, które dla mnie jest tutaj najważniejsze: z czym właściwie człowiek wszedł w kontakt?
A czasami jedyną uczciwą odpowiedzią będzie: nie wiem.
Nie wiem — i nie boję się tego powiedzieć
Nie wiem, kim była kobieta, którą wtedy widziałem. Wiem, jak wyglądała. Pamiętam jej słowa. Pamiętam światło, zapach róży, bębny i mężczyznę, który pojawił się później. Mogę interpretować znaczenie tego doświadczenia, ale nie zamierzam tworzyć jego tożsamości tylko dlatego, że ludzki umysł źle znosi brak odpowiedzi.
I być może właśnie tutaj znajduje się różnica pomiędzy duchowością a łatwowiernością.
Nie muszę negować doświadczenia, żeby podważyć jego interpretację. Nie muszę również uznawać go za nadprzyrodzone tylko dlatego, że było niezwykłe.
Cóż, wszystko mogłoby się wydawać jednym z tych proroczych objawień. Misja jest, cel jest, zadanie jest, miejsce również można odnaleźć. Wszystko jest — lecz jeszcze zbyt mało nas.
Dlatego kiedy następnym razem przeczytam, że komuś „objawiła się Matka Boska”, nie zapytam najpierw, jakie przekazała proroctwo. Nie będę też od razu wyśmiewał człowieka, który twierdzi, że czegoś doświadczył.
Zapytam o coś znacznie prostszego:
Skąd właściwie wiemy, że to była Matka Boska?