Iwona Wieczorek, Bory Tucholskie, Diatłowa – Coś tu się nie zgadza
Niewyjaśnione
25 kwi
Coś, co nie chce umierać
Niektóre sprawy zdają się nie mieć końca. Nie dlatego, że ktoś je stale podsyca, ale ponieważ istnieje coś, co uniemożliwia ich zamknięcie. Wracasz do nich po latach i odczuwasz to samo napięcie — jakby brakowało kluczowego momentu, tej jednej sekundy, która mogłaby wszystko wyjaśnić. A jednak tej sekundy brakuje. Jest tylko "było" i "nie ma". I nic pomiędzy.
Rozpocznijmy od zjawiska, które burzy logikę od samego początku:
Przełęcz Diatłowa. Dziewięć osób. Nie amatorzy. To ludzie, którzy znają się na górach. Noc, mróz, namiot na zboczu. I nagle coś się dzieje. To nie jest zwykłe zaniepokojenie. Coś ich wypędza. Namiot rozcięty od środka. To nie decyzja, to instynktowna panika. Wybiegają w śnieg — boso, półnadzy, bez sprzętu, bez sensu z perspektywy przetrwania. To zachowanie człowieka, który ucieka przed czymś gorszym niż śmierć z zimna.
Później znajdują ciała. Niektórzy zamarznięci przy drzewach, inni dalej, jakby próbowali wrócić. A wtedy zaczyna się koszmar detali: zmiażdżone klatki piersiowe bez zewnętrznych ran, jak po potężnym uderzeniu; brak języka u jednej z ofiar; ślady radioaktywności na ubraniach. Nie ma jednego scenariusza, który by to spinał. Lawina? Nie pasuje do układu terenu i śladów. Panika? Zbyt precyzyjne obrażenia. Eksperyment? Brak dowodów. Pozostaje jedno: coś wydarzyło się tam w nocy, czego nikt nie widział i czego nie umiemy nazwać. I dlatego to nie daje spokoju.
Teraz Polska. Sprawa, która powraca jak bumerang: Iwona Wieczorek. Monitoring. Ostatni kadr. Idzie spokojnie, bez pośpiechu, bez strachu. To nie wygląda jak moment przed tragedią. To wygląda jak zwykły powrót do domu. I nagle — koniec. Brak momentu przełamania. Nie ma tego, co powinno być: krzyku, pościgu, zatrzymania. Jest puste miejsce w historii.
Lata mijają. Sprawa wraca. Nowe tropy, nowe nazwiska, stare znajomości, które zaczynają wyglądać inaczej. Ktoś zmienia wersję, ktoś milknie, ktoś nagle znika z obrazu. Pojawiają się ludzie, którzy byli „blisko sprawy” — a nagle ich już nie ma, lub kończą w okolicznościach, które rodzą kolejne pytania. To nie jest jeden wątek. To sieć. I ta sieć nie chce się rozplątać. Zamiast tego zaciska się coraz mocniej wokół jednego faktu: nie wiemy, co się wydarzyło między tym ostatnim kadrem a ciszą.
Idziemy dalej. Syberia. 2014 rok. Ziemia się otwiera. Dosłownie. Pojawia się ogromny krater — nazwany przez media „Krater jamalski”. Głęboka, niemal pionowa dziura w tundrze. Nagle. Bez ostrzeżenia. Jedni mówią: metan, ciśnienie, wybuch zmarzliny. Naukowe, logiczne, poukładane. Tylko że obraz zostaje: wyrwa w ziemi, która wygląda jak rana. Coś zbiera się pod powierzchnią, coś rośnie, coś pęka — i nagle masz coś, czego jeszcze chwilę temu nie było.
I teraz wróć do naszych lasów. Bory Tucholskie. Nawałnica. Tysiące drzew położonych jak zapałki. Pas zniszczeń, który wygląda tak, jakby ktoś przejechał przez las gigantycznym walcem. A w środku… wyspa spokoju. Budynek, klasztor, fragment terenu — nietknięty. Wszystko wokół zniszczone, a to stoi. Możesz to tłumaczyć fizyką, torami wiatru, mikroburstami. Jasne. Tylko że kiedy stoisz tam i patrzysz, widzisz coś, co kłóci się z instynktem: dlaczego tutaj nie? Dlaczego akurat ten punkt został pominięty?
Zbierając to wszystko razem, zaczyna się robić gęsto. Diatłow — noc, panika, brak wyjaśnienia. Wieczorek — ostatni kadr, brak momentu przejścia. Jamal — nagła wyrwa, coś spod ziemi. Bory — zniszczenie wszędzie, poza jednym miejscem. Różne kraje, różne lata, różne konteksty. A jednak coś się powtarza.
Brak środka historii.
Nie dostrzegasz chwili, w której to się dzieje. Widzisz tylko efekt. I ten efekt jest zawsze trochę „za czysty”, trochę „za nagły”, trochę „za cichy”.
A teraz najgorsze pytanie, którego nikt nie lubi doprowadzać do końca:
czy to wszystko to tylko zbiór przypadków, które nasz mózg próbuje połączyć…
czy może patrzymy na fragmenty czegoś większego, czego jeszcze nie umiemy nazwać?
Nie chodzi o jedną teorię. Nie chodzi o „prawdę objawioną”. Chodzi o to, że w tych sprawach jest coś wspólnego — coś, co sprawia, że wracają. Że nie da się ich zamknąć jednym zdaniem.
Bo kiedy historia ma sens, zostawia po sobie odpowiedź.
A kiedy jej nie ma… zostaje tylko uczucie, że coś zostało pominięte.
Damian Błaszak | Saomon Hoodoo
MysticRoots | Wydawnictwo MysticRoots - Publishing